piątek, 9 stycznia 2015

Szczęśliwego Nowego Roku!

                Szczęśliwego Nowego Roku! - wykrzyknęli sobie mieszkańcy Ziemi pierwszego stycznia. Szczęśliwego Nowego Roku! – wykrzyknę, więc w ślad za nimi, pomimo tego, że w spóźnionych życzeniach zapewne zawsze jest coś osobliwego i wprawiającego odbiorcę w zakłopotanie, a ja nie chciałam nikogo (po raz kolejny) wpędzać w taki stan. Po raz kolejny nie chciałam i po raz kolejny sobie na to pozwoliłam. Nie pytaj mnie, proszę, co wówczas myślałam, bo nie wiem. Na pewno nie myślałam wtedy o tym by zdążyć, gdyż perspektywa ta była już ode mnie tak daleka, jak daleko odpływa sen od zbudzonego nad ranem. Nie roiłam też sobie, że umknie to surowym ocenom punktualnych i rzetelnych ludzi, ponieważ ich oczom nie umyka nic i w największych nawet ciemnościach dostrzegliby krzywo zapięty guzik. To, co zazwyczaj znajduje się na mojej szyi było cięższe, niż dawniej, cięższe od nadmiaru uciekającego przez palce czasu, opuchnięte od dni, które miast upłynąć (jak im to nakazuje kolej rzeczy), gromadzą się pod czaszką i dają o sobie znać we wszystkie zimowe noce. Pomimo tego myślałam, myślałam intensywnie i z uporem, choć (zabrzmi to śmiesznie) bolała mnie ta praca i nadwyrężała wszystkie maleńkie szare komórki gnieżdżące się w klatce mej głowy.
            I jeśli nie myślałam wówczas o tym, jak wszystko stało się godne politowania i niedorzeczne, jak wszystko wymknęło się tylnymi drzwiami, rozegrało gdzieś za sceną, za opuszczoną kurtyną z daleka od zdezorientowanej widowni, a pozostawiło po sobie jedynie gorzki śmiech niedowierzania, to jedynym, co mogło jeszcze zaprzątać moją głowę były poszukiwania. Szukałam, tak szukałam. Wertowałam strony swoich wspomnień, by znaleźć powód, jakiś jeden jedyny powód, błąd, nierozważny krok, który niósłby ze sobą usprawiedliwienie. Szukałam powodu dla siebie, dla moich przyjaciół, dla rodziny, dla tych, którzy mijają mnie obojętnie i dla tych, którzy mijają mnie z uśmiechem, dla tego taksówkarza, który nie zdołał uchronić mnie przed spóźnieniem, ale chociaż próbował, dla tej bibliotekarki, której będę musiała (nie pierwszy raz) zapłacić ze wstydem karę za przetrzymywanie książek oraz dla tych ludzi stojących rano w kolejce do kas po bilet pociągowy, pomimo tego, że automat działa i wypluwa z siebie takie same bilety, jakie wydaje pani w okienku, no może tylko ciut mniejsze. Szukałam powodu dla każdego i dla nikogo, dla wszechświata i dla antymaterii, dla ludzkości.
Nadal nie mogę sobie przypomnieć na co właściwie się spóźniliśmy ani co było powodem, ale spóźniliśmy się o całe wieki. Dwa tysiące lat oczekiwania. Dobrze, że Pan jeszcze nie odjechał, Panie Boże. Proszę jeszcze poczekać, to już tylko chwilka, niech Pan wybaczy opieszałość.
Co się zaś tyczy bezpośrednio mnie, to na swoje usprawiedliwienie jak zwykle nie mam nic, no chyba, że liczy się rękawiczka zgubiona podczas spaceru uliczką w kolorze błota, zapas zużytych chusteczek w kieszeniach granatowego płaszcza albo znoszone podeszwy przemoczonych butów, bo pogoda ostatnimi czasy składnia chyba tylko do samobójstw. Nie mogłam podnieść się z łóżka, otworzyć siłą sklejonych powiek, a stanie na nogach wydawało się ponad moje siły. Mam pełne kieszenie i puste ręce, niech więc ten rok będzie łaskawszy. Także dla Ciebie, czytelniku.


1 komentarz: